↑ Przejdź do treści

Olga Mirończuk

Analiza Danych · Wizualizacja · Automatyzacja

Menu
  • Główna
  • Portfolio
  • Certyfikaty
  • „Z pamiętnika Analitika”
  • GitHub
  • LinkedIn
  • Tableau
Menu

Zaczynałam z laptopem, który brzmiał jak helikopter.

Opublikowano na 07.04.2026 przez Waderlla

Kiedy zaczynałam przebranżowienie, moje „biuro” wyglądało jak scena z filmu o przetrwaniu, a nie jak instagramowy setup. Drewniane krzesło, kuchenny stół, kawa, która zawsze stała zbyt blisko krawędzi i mój laptop. Bohater tragiczny, który brzmiał jak helikopter próbujący wzbić się do lotu.

I wtedy naprawdę myślałam, że tylko ja tak zaczynam. Że wszyscy inni mają MacBooki, monitory 4K i fotele, które wyglądają jak tron z przyszłości. A ja? Ja miałam sprzęt, który mógłby dostać rolę w filmie „Katastrofa w przestworzach”.

Pamiętam, jak na grupie kursowej ludzie słyszeli jego szum przez mikrofon. Miałam cały zespół doradzający mi, jak go odkurzyć, jak nałożyć pastę, jak jeszcze trochę przedłużyć jego życie. To było niesamowite. Obcy ludzie, którzy nie znali mojego imienia, ale znali dźwięk mojego laptopa.

A mój laptop? On też miał swoje dramaty. Miał momenty, w których włączał się ekran „nie wykryto dysku” i ja już widziałam siebie, jak płaczę nad klawiaturą, bo wszystko przepadło. A on za każdym razem wracał do życia, jakby cytował Syrio Forela z Gry o Tron „Co mówimy śmierci? Nie dziś.”.

I faktycznie był ze mną, aż do znaleźienia pierwszej pracy w IT. I nadal jeszcze działa…

Kiedy w końcu zaczęłam pracować i stanęłam na nogach, nie pobiegłam po nowe biurko. Nie kupiłam fotela, który nie skrzypi. Nie wymieniłam sprzętu.

Najpierw zrobiłam gamingowy home office mojego męża. Odmalowałam ściany, wstawiłam nowe meble, postawiłam biurko z regulowaną wysokością. Chciałam, żeby miał swoje miejsce. Takie, w którym dobrze się pracuje i dobrze odpoczywa. Zrobiłam to z własnych oszczędności, odkładanych przez lata. To był mój sposób na okazanie wdzięczności za to, że przez pięć lat utrzymywał całą rodzinę i dał mi przestrzeń, żeby się uczyć.

A ja? Ja wzięłam po nim stare, malutkie, wąskie biureczko. Przejęłam też jego klawiaturę i myszkę. Dalej siedzę na tym samym drewnianym krześle, które pamięta moje pierwsze tutoriale, pierwsze błędy, pierwsze „dlaczego to nie działa”.

I wiesz co? Nie przeszkadza mi to. To, gdzie jestem dzisiaj, zawdzięczam godzinom spędzonym na nauce, a nie temu, co mnie otaczało. Ale chyba nadszedł czas, żeby moja domowa technologia nadążyła za moimi pomysłami.

Sprzęt, który dostałam w pracy, jest świetny i naprawdę dobrze mi się na nim pracuje. Ale rozwój poza pracą to już inna historia. Chcę pisać więcej kodu, automatyzować, budować własne narzędzia, eksperymentować z technologiami, które potrafią pożreć zasoby szybciej niż ja wypić kawę o poranku. Chcę mieć przestrzeń, żeby się uczyć nie tylko „na teraz”, ale też „na za rok, dwa, trzy”.

Dlatego kupiłam nowy komputer. To nie była spontaniczna decyzja. Przeglądałam modele, porównywałam, zastanawiałam się, czy dopłacić te kolejne 500 zł za lepszą kartę, szybszy procesor, większy zapas mocy. Chciałam sprzęt, który nie tylko nadąży, ale pozwoli mi rosnąć. Taki, który zostanie ze mną na dłużej, nawet jeśli technologia będzie pędzić jak szalona.

I niech Cię to teraz nie zmyli… Pierwsza praca najczęściej nie oznacza, że nagle stać Cię na drogie rzeczy. Oczywiście, moja wypłata się do tego dołożyła i jestem z tego dumna, ale nadal jestem zwykłym człowiekiem.

Nadal siedzę przy tym samym wąskim biureczku, na tym samym drewnianym krześle. Piszę na klawiaturze, którą przejęłam po mężu i patrzę w monitor, któremu dałam drugie życie. I w tym jest coś pięknego, że jedyna nowa rzecz to moc, a nie otoczka.

A mój stary laptop? On odchodzi na emeryturę. Zasłużoną, heroiczną, pełną wspomnień. Prawdopodobnie spędzi ją z moimi dziećmi, grając w Minecrafta… o ile go uciągnie. A jeśli nie to może chociaż w tym trybie edukacyjnym, gdzie dzieciaki uczą się kodowania w Minecraft. Może jeszcze zostanie mentorem nowego pokolenia programistów. W końcu przez lata uczył mnie cierpliwości, determinacji i tego, że nawet gdy wyświetla „nie wykryto dysku”, to jeszcze nie koniec.

I kiedy tak siedzę na tym moim drewnianym krześle, z nowym komputerem pod biurkiem i starym laptopem szykującym się do emerytury, myślę sobie, że ta droga naprawdę nie była spektakularna. Nie była wygodna.

Teraz, kiedy idę dalej, wciąż zerkam za siebie. Nie po to, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie dogania. Tylko żeby zobaczyć, czy ktoś właśnie stawia swój pierwszy krok. Czy ktoś siedzi przy kuchennym stole, z kubkiem kawy i sprzętem, który ma swoje humory. Czy ktoś potrzebuje tego jednego zdania, którego ja wtedy tak bardzo szukałam.

Pamiętaj.
Nie potrzebujesz idealnych warunków. Wystarczy, że zaczniesz.
Nawet jeśli Twój laptop brzmi jak helikopter.

Z życia wzięte

Waderlla

Kategoria: Kartka z pamiętnika

Pozostaw swój ślad... Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Warkan

Szukasz wpisów w konkretnej tematyce? Zapytaj Warkana

Kartki z pamiętnika

  • ►2026
    • sierpień
    • lipiec
    • czerwiec
    • maj
    • kwiecień
    • marzec
    • luty

Moje wejście do świata IT

„Hello, World!” – początek, który zmienił wszystko. Część 1
„Hello, World!” – początek, który zmienił wszystko. Część 2
„Hello, World!” – początek, który zmienił wszystko. Część 3
„Hello, World!” – początek, który zmienił wszystko. Część 4
Napijesz się ze mną kawy?

© 2026 Olga Mirończuk | Powered by Minimalistyczny blog Motyw WordPress
Polish
English