Opisana sytuacja wydarzyła się pod koniec lutego. Spisałam ją wtedy od razu, zachowując emocje dokładnie takie, jakie mi wtedy towarzyszyły. Kiedy to czytasz, mam już pewnie za sobą pierwszy miesiąc pracy w nowym miejscu.
To jest wersja z momentu, w którym jeszcze nie wiedziałam, co mnie tam czeka.
Nie spieszyłam się z opowiedzeniem tej historii. Długo zastanawiałam się, czy wniesie dla Was jakąś wartość, czy będzie tylko zapisem moich emocji. Dziś już wiem, że warto ją opowiedzieć.
Byłam kilka dni po słownym umówieniu się na rozpoczęcie nowej pracy i kilka dni przed podpisaniem umowy. W środku dnia, kiedy przestawiałam meble, tworząc sobie nowe miejsce do pracy, zadzwonił telefon.

Nieznany numer. Odebrałam i po kilku sekundach już wiedziałam. To była ta firma. Ta, na którą czekałam. Ta, dla której odświeżałam skrzynkę mailową częściej, niż powinnam.
To miało być zaproszenie do procesu rekrutacji. Słuchałam, co do mnie mówią i od początku wiedziałam, jaka będzie moja odpowiedź. Nie było w tym wahania. Była tylko cicha przykrość, że ten telefon nie zadzwonił wcześniej.
Jeszcze niedawno taki telefon byłby spełnieniem marzeń. Potwierdzeniem, że się nadaję. Że osoby z tej firmy nie rozmawiały ze mną z grzeczności, ale dlatego, że widziały we mnie wartość.
Tylko że kilka dni wcześniej dałam słowo komuś innemu. Ktoś zauważył mnie wcześniej. Stworzył dla mnie stanowisko i obdarzył zaufaniem.
I jasne mogłam w tamtej chwili analizować. Miałam okres próbny. Mogłam wejść w proces rekrutacyjny równolegle. Może nowa firma by zaczekała.
Ale ja nie chciałam mieć planu B za plecami ludzi, którzy właśnie dali mi szansę. Wybrałam lojalność, słowność i odpowiedzialność wobec firmy, z którą byłam umówiona tylko… słownie. Szaleństwo?
Podziękowałam, okazując szczerość i sympatię. Wyjaśniłam, że chcę być fair wobec miejsca, które zaufało mi jako pierwsze. I myślę, że to zaprocentowało bardziej, niż jakiekolwiek budowanie awaryjnego zaplecza.
Po odmowie usłyszałam coś, czego się nie spodziewałam. Powiedziano mi, że jestem obserwowana na LinkedIn i że będą śledzić moje działania, a jeśli coś się kiedyś zmieni, wrócą do rozmowy.
Rozłączyłam się i przez chwilę siedziałam w ciszy. Bo trzy miesiące wcześniej czułam się niewidzialna. Zastanawiałam się, czy byłam za mało doświadczona. Niewystarczająco dobra…
Pamiętacie co zawsze powtarzam? Nic nie dzieje się bez powodu. Ten telefon nie był zwykłym zaproszeniem. On potwierdził, że byłam widziana. Może nie wtedy, kiedy najbardziej tego chciałam. Ale jednak.

To był moment, w którym życie powiedziało: „sprawdzam”. Czy nadal potrzebujesz zewnętrznego potwierdzenia swojej wartości? Czy potrafisz wybrać to, co już masz? Czy budujesz swoją markę pod własnym nazwiskiem, czy pod cudzym logo?
Wybrałam szacunek i odpowiedzialność. Wybrałam miejsce, które dało mi szansę wtedy, gdy najbardziej jej potrzebowałam. I zrobiłam to z poczuciem spokoju. Bo nic nie dzieje się bez powodu.
Dziś nie czuję, że coś straciłam. Czuję, że urosłam. To był moment, w którym przestałam udowadniać, że jestem wystarczająca. Poczułam się wolna i gotowa na każde wyzwanie, jakie czeka mnie w nowej pracy.
W świecie, w którym wszystko można zmienić jednym kliknięciem, dotrzymanie danego słowa staje się walutą premium. Wybrałam lojalność, bo wierzę, że słowo nadal coś znaczy.
Z życia wzięte


Ciasteczko do kawy?
Masz rację. Uważam, że w życiu nic nie dzieje się przypadkowo i bez powodu a dane słowo nadal coś znaczy. Wartościowa historia.
Ps. Zostawiłem ten komentarz na L – niech się niesie 🙂
Pozdrawiam,
Paweł
Mam nadzieję, że będzie coraz więcej osób, dla których dane słowo nadal coś znaczy. 💚 🙂