↑ Przejdź do treści

Olga Mirończuk

Analiza Danych · Wizualizacja · Automatyzacja

Menu
  • Główna
  • Portfolio
  • Certyfikaty
  • „Z pamiętnika Analitika”
  • GitHub
  • LinkedIn
  • Tableau
Menu

Pokolenie mostu – Za młoda na Millenialkę, za stara na Zetkę.

Opublikowano na 01.07.2026 przez Waderlla

Jest takie pokolenie, które pamięta oba światy. I właśnie ono musi zdecydować, który z nich przekaże dalej.

Są tacy, którzy dorastali gdy wszystko się zmieniało. Nie obserwowali tej zmiany z dystansu dorosłego, nie urodzili się już po niej. Zmiana działa się na nich, w czasie gdy kształtowało się wszystko: gusta, nawyki, sposób myślenia. Za młodzi, żeby być Milenialsami. Za starzy, żeby być Zetką. Gdzieś pośrodku, bez jednoznacznej etykietki. Do dziś płynnie przełączają się między światami, starzeją przy starszych, młodnieją przy młodszych, nigdy nie będąc do końca ani tu ani tam. Jedni mówią na to mikropokolenie Zillenialsów. Inni, że to pokolenie przejścia. Ja mówię, że to pokolenie mostu. I piszę tę serię właśnie z tego miejsca, z tego środka. Bo bycie mostem ma swoje konsekwencje. Szczególnie gdy po drugiej stronie czekają własne dzieci.

Moje dzieciństwo pachniało trawą i błotem. Siedziałam na podwórku do późnych godzin, budowałam bazy z patyków i kamieni, walczyłam z potworami których nikt inny nie widział i chodziłam po drzewach wyżej niż powinnam. W pokoju rysowałam, wymyślałam, budowałam własne światy z niczego. Nikt mi nie organizował czasu. Nuda była wpisana w plan dnia i jakoś nikt z tego powodu nie umarł.

Komputer był w tym wszystkim czymś wyjątkowym. Tata przy nim pracował, więc stał w domu odkąd pamiętam, ale dostęp do niego był przywilejem. Kiedy tata pozwolił albo kiedy przychodziły wakacje, siadałam przed ekranem i czułam, że mam przed sobą coś cennego. Coś na co się czekało.

Moje najwcześniejsze wspomnienie z tym związane mam chyba z trzeciego roku życia. Siedzę na łóżku, wygryząm dziurę w pięcie lalki i oglądam Misia Uszatka. W połowie bajki tata wyłącza dobranocę, podłącza do małego telewizora kabel i zamiast Misia pojawia się szary ekran z niebieskimi napisami. Nie protestuję, Miś Uszatek i tak nie należy do moich ulubionych. Nie rozumiem co się dzieje, ale patrzę na ekran i na to co robi tata, jakby bajka nadal trwała. Oglądam ten szary ekran i poruszający się kursor. Może nie było to pierwsze spotkanie z komputerem, ale pierwszy moment, który zostawił ślad.

Potem był Commodore, a po nim Amiga. Pamiętam dyskietki, które wkładało się z namaszczeniem, bo jedna porysowana oznaczała koniec zabawy. Pamiętam dźwięk ładowania, który nie był tłem, tylko częścią rytuału. Czekałam. Nie miałam wyjścia. I w tym czekaniu nie było nic frustrującego. Było wyczekiwanie, jak przed otwarciem prezentu. Samo oglądanie intra było już częścią gry i sprawiało frajdę.

Grałam w Lemingi, gdzie trzeba było zaplanować trasę dla całej gromady małych stworków zanim ruszyły do przodu. Nie było cofania, nie było drugiej szansy, trzeba było myśleć z wyprzedzeniem. Grałam w Lotusa, gdzie wyścig wymagał skupienia przez całą trasę, bo jeden błąd i wypadałeś z drogi i zaczynałeś od początku, nie z autozapisu w połowie. Grałam w Horror Zombies from the Crypt jeszcze będąc w przedszkolu i była przerażająca, ale trzeba było zmierzyć się z każdą straszną minutą, bo inaczej nie dało się przejść dalej. Grałam w Arkanoid, gdzie małą paletką odbijałam piłeczkę i zbijałam klocki. Piksel po pikselu, poziom po poziomie. Żadnych autozapisów. Jeśli zginąłeś, zaczynałeś od nowa.

Pamiętam też Diunę na Amidze. Grę strategiczną i to po angielsku, a ja wtedy nawet po polsku nie umiałam czytać. Grałam po obrazkach, zapamiętując które odpowiedzi działają, a które kończą się śmiercią na pustyni. Nie wiedziałam, że grę można zapisać, więc za każdym razem zaczynałam od nowa. Całą ścieżkę właściwych wyborów musiałam nosić w głowie. Każdy ruch miał wagę, nawet jeśli nie wiedziałam dlaczego.

Nie myślałam wtedy, że się uczę. Myślałam, że się bawię. Ale te chwile przy komputerze, właśnie dlatego że były rzadkie, miały w sobie jakiś ciężar. Siadałam skupiona, bo wiedziałam, że nie będzie tego za dużo. Nie można było marnować czasu na bezcelowe klikanie. Każda sesja była trochę jak projekt.

Dopiero teraz, patrząc na to z odległości ponad dwudziestu lat, widzę co tamto dzieciństwo ze mną zrobiło. Podwórko nauczyło mnie kreatywności. Komputer nauczył mnie, że trudne rzeczy mają swoje rozwiązanie, tylko trzeba mieć dość cierpliwości żeby je znaleźć. Jedno bez drugiego byłoby niepełne.

Moje dzieci urodziły się w 2022 roku. Rok wcześniej świat zaczął rozmawiać z maszynami. Mając cztery lata zadają pytania, na które ja nie do końca znam odpowiedzi. I to jest dopiero początek…

Z życia wzięte

Waderlla

Kategoria: Kartka z pamiętnika

Pozostaw swój ślad... Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Warkan

Szukasz wpisów w konkretnej tematyce? Zapytaj Warkana

Kartki z pamiętnika

  • ►2026
    • sierpień
    • lipiec
    • czerwiec
    • maj
    • kwiecień
    • marzec
    • luty

Moje wejście do świata IT

„Hello, World!” – początek, który zmienił wszystko. Część 1
„Hello, World!” – początek, który zmienił wszystko. Część 2
„Hello, World!” – początek, który zmienił wszystko. Część 3
„Hello, World!” – początek, który zmienił wszystko. Część 4
Napijesz się ze mną kawy?

© 2026 Olga Mirończuk | Powered by Minimalistyczny blog Motyw WordPress
Polish
English