Tak sobie myślę, że w świecie technologii jest coś paradoksalnego. Budujemy systemy, które mają działać przewidywalnie, logicznie, stabilnie. A kiedy coś się psuje, najczęściej reagujemy odruchowo. Poprawiamy to, co widać. Zmieniamy liczbę. Przesuwamy formułę. Wyłączamy i włączamy. I ruszamy dalej, jakby nic się nie stało.

Tylko że ktoś kiedyś pokazał mi, że prawdziwa praca zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajesz ufać pierwszemu objawowi. Gdy zamiast gasić pożar, zaczynasz szukać iskry. I może właśnie dlatego pokochałam mężczyznę, który kuleje.
Nie powinnam go lubić. Jest niewygodny. Zbyt szczery. Zbyt ostry. Nie próbuje być miły, nie próbuje być lubiany. Nie dba o to, czy ktoś poczuje się urażony. A jednak za każdym razem, gdy pojawiał się na ekranie, czekałam na ten moment, w którym jego umysł zacznie pracować jak radar. Szukać tego, czego inni nie widzą. Podważać to, co wszyscy uznali za pewnik.
Serialowy dr House. Człowiek, który nigdy nie leczył objawów.
Wszyscy widzieli kaszel. On widział układ odpornościowy. Wszyscy widzieli wysypkę. On widział historię życia, środowisko, sekrety, które pacjent wolał przemilczeć. Wszyscy widzieli błąd. On widział mechanizm.
I im dłużej pracuję w IT, tym bardziej rozumiem, jak bardzo ta postawa jest potrzebna. Dashboard pokazuje złe liczby i pierwsza myśl to poprawić formułę. Raport nie działa, więc wycinamy fragment, który się sypie. System zwalnia, więc dorzucamy zasoby. Szybko, sprawnie, skutecznie. Tylko że to nie zawsze jest rozwiązanie. Czasem to tylko plaster na złamanie.
Może dlatego tak bardzo polubiłam House’a. Bo on przypomina, że prawda bywa niewygodna, ale zawsze jest bardziej wartościowa niż komfort.
Jest jednak coś jeszcze, co mnie z nim łączy. Coś, o czym nie mówi się głośno, bo nie pasuje do wizerunku osoby, która ma ogarniać projekty, zadania i terminy.
Ból.
Migreny są ze mną odkąd pamiętam. Pojawiają się bez zapowiedzi, czasem w najmniej odpowiednim momencie. I tak jak House musiał nauczyć się funkcjonować mimo bólu, tak ja nauczyłam się organizować wokół niego swoją przestrzeń. Nie walczyć z nim na siłę, tylko znaleźć sposób, by nie przejął kontroli nad całym dniem.
Kiedy czuję, że nadchodzi, liczy się czas. Jeśli zdążę zareagować odpowiednio wcześnie, mogę jeszcze pracować. Włączam tryb ciemny wszędzie, gdzie się da. Ograniczam powiadomienia. Z listy zadań znikają te, które mogą poczekać. Pracuję w trybie oszczędzania energii. Tyle, ile trzeba, żeby wykonać obowiązki i wieczorem mieć jeszcze siłę uśmiechnąć się do dzieci.

Praca w IT wymaga zarządzania energią. I choć migreny nie są czymś, czego bym sobie życzyła, nauczyły mnie uważności. Nauczyły mnie słuchać sygnałów, które ciało wysyła dużo wcześniej, zanim pojawi się ból. Nauczyły mnie, że ograniczenia nie muszą odbierać kompetencji.
House kuleje, ale nie przestaje być genialny. Ja mam migreny, ale nie przestaję być skuteczna. I może właśnie dlatego tak bardzo go rozumiem.
Pokochałam dwóch mężczyzn. Jeden kuleje. Drugi lata.
A ten pierwszy przypomina mi, że objawy to tylko początek historii. Że ból może ograniczać ciało, ale nie odbiera charakteru ani kompetencji. Że czasem najważniejsze pytanie brzmi nie co się zepsuło, ale dlaczego.
A Ty? Kiedy następnym razem zobaczysz błąd w systemie, zatrzymasz się na powierzchni czy zajrzysz głębiej?
Z życia wzięte


Ciasteczko do kawy?