W obecnych czasach coraz więcej mówi się o work-life balance i świadomym dbaniu o siebie. Obserwujemy, jak kolejne pokolenia zaczynają stawiać swoje dobro ponad pracę. A jednak około pół roku temu doświadczyłam pierwszych sygnałów wypalenia zawodowego, zanim w ogóle dostałam pracę na etacie.
Kiedy myślimy o wypaleniu zawodowym, zwykle widzimy obraz osoby zmęczonej, sfrustrowanej, pozbawionej energii. Też tak sobie to wyobrażałam. Tymczasem istnieje inny, znacznie bardziej zdradliwy scenariusz. Taki, który zaczyna się od sukcesów i kreatywnego szału, który daje poczucie, że wreszcie wszystko zaczyna się układać.

Ten rodzaj wypalenia nie zaczyna się od zmęczenia. U mnie zaczął się od ogromnego przypływu energii. Nowe projekty, pierwsze sukcesy, pozytywny feedback, poczucie, że jest się na górce. Pomysły pojawiały się jeden po drugim, a ja miałam wrażenie, że mogę działać bez końca. Każdy kolejny krok dodawał mi skrzydeł. Byłam nie do zatrzymania.
Nie widziałam w tym żadnego zagrożenia. Czułam się lepiej niż zwykle. Chciałam korzystać z tego flow, póki trwało. I właśnie dlatego to takie niebezpieczne.
Nawet śpiąc, śniłam o realizowanym projekcie. W tamtym momencie wydawało się to ekscytujące. Budziłam się z nowym pomysłem do wdrożenia i nie musiałam długo szukać rozwiązań. One same przychodziły do mnie w snach.
W pewnym momencie kreatywność zaczęła mi ciążyć. Nie potrafiłam odejść od komputera nawet w weekend. Czułam się jak chomik, który widząc kołowrotek, musi do niego wejść i biegać, jakby za chwilę ktoś miał mu go zabrać. Byłam nakręcona zapewne adrenaliną, dopaminą, czy kortyzolem. To nie miało już większego znaczenia. Ważne było to, że powoli zaczynało do mnie docierać, że coś tu nie jest w porządku. To nie był już naturalny entuzjazm, który daje lekkość i produktywność.
I tak, nie potrafiąc się zatrzymać, przyszły wieczory, w których coraz trudniej było zasnąć. Odpoczynek wydawał mi się stratą czasu. Był koniecznością do wykonania. Nie mogłam przestać myśleć. Wyłączyć głowy. Jeszcze wtedy korzystałam z tych wieczornych pomysłów. Jeszcze zasypiałam z uśmiechem na twarzy.
U mnie przełom przyszedł nagle. Pierwsza noc, podczas której nie mogłam zasnąć do drugiej w nocy. A rano obudziłam się po piątej z głową gotową do działania. Powiedziałam sobie: „To tylko ekscytacja. Po prostu kocham to, co robię”.
Ale drugiej nocy, kiedy leżałam z natłokiem pomysłów do trzeciej nad ranem, poczułam, że muszę wyłączyć głowę. Czułam się, jakbym zaczęła przepalać procesor w swojej głowie. Przed oczami migał wielki, czerwony napis „ERROR”, a w tle słyszałam charakterystyczne „bip, bip, bip”.
Zaczęłam się martwić. Czy to pracoholizm? Jakiś lęk? Depresja? Coś było nie tak.
Nie ukrywam, że zaczęłam się tego bać i szukać odpowiedzi. Wtedy trafiłam na opisy wypalenia, które zaczyna się od euforii. Od nadmiernej produktywności i przyjemnego, podkręconego stanu, który wygląda jak sukces, a w rzeczywistości jest jazdą na rezerwie.
Organizm ma dwa tryby: mobilizację i regenerację. Mobilizacja włącza się przy każdej intensywności, zarówno stresie, jak i ekscytacji. Myślenie przyspiesza, energia rośnie. Problem pojawia się wtedy, gdy faza wyciszenia nie nadchodzi. Układ nerwowy zostaje na wysokich obrotach i traci zdolność płynnego przełączania się w tryb spokoju. Bezsenność i gonitwa myśli nie są wtedy paniką, lecz efektem przewlekłego pobudzenia. Organizm po prostu nie dostał sygnału, że może się wyłączyć.

Wiecie, co było w tym najtrudniejsze? Pociągnięcie za hamulec bezpieczeństwa. Rezygnacja z tego napływu pomysłów. Powiedzenie sobie „wystarczy, stop”, kiedy jesteś na fali. Ale jeśli to poczujesz, jeśli czujesz, że nie możesz wyhamować, właśnie wtedy to zrób.
Zatrzymaj się, póki jeszcze możesz. Bo ciało, które jedzie nawet na produktywnym zasilaniu awaryjnym, może w końcu samo odciąć zasilanie.
Ubierz ciepłe skarpety. Weź koc. Zrób herbatę z ulubionymi dodatkami. Odpal kominek na ekranie… (Tak, jestem millenialsem. Jeśli jesteś z młodszego pokolenia, odpal sobie to, co tam młodsi odpalają.) I po prostu siedź.
Tak, wiem… To będzie bardzo trudne. Skup się na tym, jak ciepła jest herbata. Na tym, jak miękka jest poduszka. Albo nawet na pająku pod sufitem, którego wcześniej nie zauważyłeś. Zmuś się do wyłączenia.
Nie czekaj na czerwony „ERROR”.
Zatrzymaj się, zanim go zobaczysz.
Z życia wzięte


Ciasteczko do kawy?