Kiedy czytacie ten wpis, pewnie już minął mi miesiąc pracy. W momencie, kiedy to piszę, zaczynam dopiero drugi tydzień i to właśnie ten moment chciałam uchwycić, zanim emocje zdążą się ułożyć i przycichnąć.

Pierwsze dni w nowej pracy potrafią być zaskakująco intensywne, nawet wtedy, gdy wszystko układa się naprawdę dobrze. U mnie właśnie tak jest. Lubię to, co robię. Zespół jest życzliwy, pomocny i otwarty. Atmosfera jest świetna, a ludzie sprawiają, że naprawdę chce się pracować. Nie dzieje się absolutnie nic złego. Wręcz przeciwnie, czuję się przyjęta i wspierana.
A jednak po pracy, kiedy zostaję sama ze sobą, pojawia się napięcie, które czasem schodzi ze mnie w postaci kilku łez. Ciało próbuje wyjść z emocjonalnego przeciążenia i sprostać nowej rzeczywistości. Nie czuję typowego negatywnego stresu. To raczej naturalna reakcja na zmianę, na nowe tempo, nowe oczekiwania i nowe zadania.
Po całym dniu pełnym bodźców i informacji czuję, jak bardzo potrzebuję ciszy, żeby wszystko we mnie mogło opaść. To takie zmęczenie wynikające z intensywności uczenia się i przestawiania się na coś zupełnie nowego.
Część tego napięcia nie wynika z otoczenia, tylko z mojej własnej ambicji. Chcę wypaść dobrze. Chcę szybko łapać nowe rzeczy. Chcę być pomocna i wartościowa dla zespołu. I czasem ta wewnętrzna presja jest większa niż jakiekolwiek oczekiwania z zewnątrz. Najtrudniejszym elementem adaptacji jest dla mnie nauczenie się odróżniania realnych wymagań od tych, które sama sobie dokładam.
Zauważam, że adaptacja to nie tylko poznawanie nowej pracy, ale też poznawanie siebie w nowej roli. Zmiana potrafi pokazać, że rzeczy, które kiedyś przychodziły mi naturalnie, teraz wymagają więcej czasu. Uczę się przyjmować to z łagodnością, zamiast z frustracją. Uczę się akceptować, że nie wszystko musi być od razu idealne.
Jestem ogromnie wdzięczna za atmosferę, jaką tworzą ludzie wokół mnie. Są naprawdę wspierający i cierpliwi. Dzięki temu łatwiej jest przyznać przed sobą, że nie muszę wszystkiego wiedzieć od razu. Że mam prawo szukać swojego rytmu. Że mogę być w procesie, a nie na mecie.

Wiem, że emocje nie są oznaką słabości. Są raczej dowodem na to, że nam zależy i że chcemy dobrze. Że traktujemy nowe miejsce pracy poważnie i z zaangażowaniem. Z czasem zaczynam też dostrzegać, że adaptacja nie jest liniowa. Jednego dnia czuję się pewnie, a następnego mam wrażenie, że znowu zaczynam od początku. I to też jest część drogi.
Wiem, że z czasem znajdę swój rytm. Każdy dzień przynosi trochę więcej pewności i trochę mniej napięcia. I myślę, że to jest właśnie najpiękniejsza część adaptacji. Obserwowanie, jak krok po kroku stajemy się częścią nowego miejsca, a jednocześnie pozwalamy sobie zakwitnąć w swoim tempie.
Nawet pozytywne zmiany potrafią być emocjonalnie wymagające i to jest w porządku. Nie musimy udawać, że adaptacja jest łatwa tylko dlatego, że trafiliśmy w dobre miejsce. Można jednocześnie czuć wdzięczność i napięcie. Można być kompetentnym i zagubionym. Można lubić swoją pracę i jednocześnie uczyć się w niej oddychać.
W adaptacji nie zawsze chodzi o siłę charakteru. To proces, który każdy przechodzi na swój sposób i w swoim tempie. To przestrzeń, w której uczymy się siebie na nowo i pozwalamy sobie dojrzewać do tego, kim dopiero będziemy w tym miejscu.
Z życia wzięte


Ciasteczko do kawy?